Pages

5.23.2013

Rozdział 4

*perspektywa James'a*
Biegłem szybko po schodach, do Pokoju Wspólnego. Wiedziałem, że te hałasy nie znaczą nic dobrego,a już napewno nie dla mnie. Przecież zostawiłem tam Lily. LILY.! Przyspieszyłem tempa na schodach, by po chwili trafić do zatłoczonego pokoju. Przepchałem się do otoczonego miejsca. To co zobaczyłem,uderzyło mnie z wielką siłą. To była Lily. Leżała nie przytomna i poturbowana. Zamurowało mnie. Lily, moja Lily. A co jeśli umrze.? Po chwili jednak, wyrwałem się z otępienia. Podszedłem do niej,a w zasadzie do jej ciała i podniosłem z podłogi. Starałem się to robić bardzo delikatnie,. by nie sprawić jej jeszcze większego bólu. Żadne wołania,żaden dotyk czy zaklęcie nie było w stanie mnie zatrzymać. Pobiegłem szybko do Skrzydła Szpitalnego. Już przy wejściu pani Pomfrey zasypała mnie miliardem pytań.
- Jak to sie stało.? Kto jej to zrobił.? Jak dawno temu to nastąpiło.? - Dopytywała się. Dl;aczego, do jasnej cholery, ona sie mnie p to pyta. Skoro jest pielęgniarka to powinna stwierdzić to sama. No dobra,może przesadzam,ale..
- Ja nic nie wiem,pani Pomfrey.Znalazłem ją przed chwilą. Wiem,że uderzyła głową, o stół w naszym  salonie. - Położyłem dziewczynę na szpitalnym łóżku. Szkolna pielęgniarka natychmiast rzuciła się do niej. Siedzieliśmy chwilę w denerwującej ciszy. - Co z nią będzie.? - zapytałem.
- Jej stan jest... dość niestabilny. Sądzę jednak,że dziewczyna przeżyje. Jest silna. Normalni ludzie mogli by już tego nie przeżyć. - Odetchnąłem z ulgą. - Dałam jej leki które uśmierzą ból. Jutro powinna się obudzić.
- Czy ja mógłbym tu z nią zostać.? - Głupie pytanie. To wręcz oczywiste,że mi pozwoli.
- Oczywiście, kochaneczku. Ja już idę. Gdyby coś się działo, zawołaj mnie. - Powiedziała, posyłając mi szeroki uśmiech. Chciałem jej odpowiedzieć tym samym,ale nie mogłem się na to zdobyć kiedy połowa mojego serca leżała właśnie nieprzytomna na łóżku. Szkolna pielęgniarka wyszła z sali. Usiadłem na krześle koło łóżka Lily i chwyciłem jej rękę.
- Kochanie, musisz sie obudzić. Nie mozesz ode mnie odejść. Nie teraz,kiedy dzieje się najgorzej. Dlaczego ty.? Dlaczego to nie ja.? - szeptałem do niej po cichu,głaskając po dłoni. Po pewnym czasie jednak zasnąłem.
*PERSPEKTYWA LILY*
Czułam ogromny ból,rozsadzający mi głowę. Po chwili jednak wszystko minęło. Nie czułam nic. Spałam. Następne co pamiętam,to okropnie jasne światło pochodni. Budziłam się. By uniknąć takich denerwujących kropeczek przed oczami,obróciam głowę. Wtedy zobaczyłam James'a. Wyglądłą tak sło... LILY PRZESTAŃ, TO TYLKO POTTER. TEN SAM POTTER KTÓREGO WRĘCZ NIE ZNOSISZ.
- Lilianne obudziłaś się. -Usłyszałam męski głos. Bardzo się zdziwiłam. - Dzisiaj, godzina 23:00. Spotykamy się przy granicy Zakazanego Lasu. Bądź. Musimy Ci coś pokazać.- Zniknął. Zaraz,zaraz... ja chyba jeszcze śnię. Jakiś meżczyzna każe mi przyjść o 11 do Zakazanego Lasu, a po chwili znika... CO TU SIĘ DZIEJE.?
-Witaj wśród żywich,Lily. - Tym razem mówił to ciepły głos pani Pomfrey. Urocza kobieta. - Dam Ci teraz coś na wzmocnienie i razem z panem Potterem pójdziecie na  śniadanie. - To mówiąc dała mi jakiś dziwny eliksir i obudxiła Jamesa.Chłopak poszedł do dormitorium aby sie przebrać,a ja natychmiastowo podążyłam do Wielkiej Sali na śniadanie.


Loool.xd Krótkie, wiem. Do dupy,wiem. xd Ale to tyle ode mnie.xd Paa. ♥

No comments:

Post a Comment