Pages

5.11.2013

Rozdział 3

Rozdział 3.

- Tak, panie profesorze? - spytałam nieco drżącym głosem. Co ja mogłam zrobić? Nie, to złe pytanie. W co ci Huncwoci mnie znów wpakowali?
James wparował szybko do przedziału. Spowodowało to niemały przeciąg, jednak dyrektor i McGonagall pozostali niewzruszeni.
- Słyszałem, że też miałem tu przyjść, profesorze - powiedział chłopak.
- Ach tak, właśnie miałem kogoś po ciebie posłać, Jamesie. - powiedział Dumbledore. - Remusie, mam ci coś do powiedzenia. Gdybyś mógł poczekać pięć minut w przedziale obok, byłbym ci wdzięczny.
- Tak jest, panie profesorze - powiedział grzecznie chłopak i wyszedł przez drzwi, kierując się w prawo.
- Panno Evans, panie Potter, zaszły niespodziewane okoliczności - powiedziała profesor McGonagall - Dwójka prefektów z Gryffindoru została przeniesiona do innej szkoły, więc-
- Zdecydowaliśmy, że to wy zajmiecie ich miejsce - wszedł jej w słowo Dumbledore.
- Oczekuję od was dwojga nienagannego zachowania i wzoru dla młodszych Gryfonów. Szczególnie pana się to tyczy, Potter. - powiedziała surowym tonem profesor McGonagall. Zmierzyła go surowo wzrokiem i wyszła z przedziału. Dumbledore się uśmiechnął i powiedział cicho:
- Pamiętaj chłopcze, nie jesteś jeszcze prefektem. Wykorzystaj ten czas, Jamesie. - dyrektor puścił do niego oko. - a panna Evans - powodzenia.
Po tych słowach na mojej szacie pojawiła się srebrna odznaka w kształcie tarczy z wielką literą "P" oznaczającą "Prefekt". Obwódka tarczy lśniła szkarłatem i złotem, barwami Gryffindoru.
- Dziękuję, profesorze - odparłam grzecznie - Czy powinnam pójść po moje rzeczy?
- Nie ma takiej potrzeby - powiedział dyrektor i mój kufer pojawił się równiutko ułożony na półce, włącznie z resztą toreb. Uśmiechnęłam się w podziękowaniu i usiadłam na wolnym miejscu, koło Terri Abbott z Hufflepuffu.
Po chwili usłyszałam krzyk małej dziewczynki, śmiech Jamesa i głośne "POTTER!" profesor McGonagall. James zaraz się pojawił w przedziale już z odznaką prefekta i wcisnął się na siedzenie pomiędzy mnie i Terri. Ostentacyjnie przesiadłam się na niemal całkowicie pustą kanapę naprzeciwko. James też się przesiadł. Dałam za wygraną i w zamian się go spytałam:
- Co znowu zrobiłeś?
- Powiedzmy, że Malfoy dostał kły na jakie zasłużył. - James uśmiechnął się szelmowsko.
- Nie mów mi, że użyłeś Densaugeo! Dziwię się, przecież Lucjusz zwykle by się odwdzięczył czymś jeszcze paskudniejszym.
- McGonagall wparowała do przedziału zanim zdążyłem schować różdżkę. Myślałem, że wyrzuci mnie prosto przez okno, tak się wkurzyła - odpowiedział chłopak.
- Czasem chętnie bym jej pomogła - mruknęłam i odwróciłam się do okna.
- Co ja znowu zrobiłem? No weź - powiedział James i objął mnie ramieniem. Spojrzałam na nie niemal morderczym wzrokiem. Widząc to mocniej mnie przytulił.
- Mógłbyś się jakoś zachowywać, prefekcie od siedmiu boleści. - powiedziałam, wkładając w te słowa tyle jadu, ile mogłam pod ciepłym ramieniem chłopaka.
- Tak wiem, powinienem wydorośleć, wyrażać się taktownie, zmądrzeć, posadzić drzewo i przeczytać Biblię, bla bla bla. Wszyscy mi to mówią - mimo sarkastycznego tonu James wciąż się uśmiechał.
- Pójdę poszukać reszty chłopaków - powiedziałam i zdjęłam rękę Jamesa ze mnie, chwytając ją w dwa palce, jakby się jej brzydząc. Zamykając drzwi przedziału w moich uszach brzmiał śmiech chłopaka.
Mijając kolejne przedziały, widziałam uśmiechniętych Puchonów grających eksplodującymi kartami, które w ich niezdarnych rękach wybuchały niemal co chwilę; później widziałam Krukonów ćwiczących różne zaklęcia lub wertujących najnowsze książki popularnego czarodzieja Barneya Crooksa - jednak gdy doszłam do części Slytherinu, od razu zrobiło mi się zimno. Ślizgoni siedzieli w kompletnej ciszy, patrząc z ukosa na mnie i odznakę prefekta Gryffindoru. Fakt, te dwa domy nie były w zbyt dobrej komitywie. Pogłoski mówią, że ze Slytherinu wychodziło najwięcej czarnoksiężników i wiedźm. Jedna z plotek mówiła, że Sam-Wiesz-Kto był Ślizgonem.
Pomimo tego starałam się nieco ocieplić moje myśli ku Slytherinowi, gdyż z niego pochodził mój przyjaciel, Severus. Severus Snape, czarodziej półkrwi Prince'ów, jednego ze starych czarodziejskich rodów.
Nagle zatrzymałam się, bo usłyszałam głos Malfoya:
- Ta ruda szlama go do tego namówiła, jestem pewien. Boże, jak ja ich dwojga nienawidzę!
- Hehe, ale się dobrali. Ruda szlama i ten wątpliwy okularnik Potter!
Poczułam się, jakby uderzyli mnie w policzek. Z całej siły.
- Hej, stójcie! Mówimy przecież o dziewczynie naszego przyjaciela Severusa! - powiedział któryś z nich.
- Odwal się, Crabbe. Ona moją dziewczyną? Zapomnij. Nie wierzę, że się jeszcze w ogóle przyjaźnimy przez tego Pottera. - usłyszałam Severusa. Przełknęłam ślinę. Nienawidził mnie. Byłam dla niego "tą rudą szlamą" z podwórka obok, przyjaciółką jego największego wroga.
- Lily!
Zmroziło mnie, bo myślałam że jakimś cudem Severus potrafi patrzeć przez ściany i mnie zauważył, ale nie - to tylko Marlena wyszła z przedziału. Gdy tylko odzyskałam swoje ciało i mogłam na powrót się ruszać, śmiało przeszłam obok przedziału z wysoko uniesioną głową zupełnie, jakbym nic nie słyszała. Kątem oka zauważyłam, że Severus otworzył usta ze zdziwienia. Dla niego było oczywiste, że wszystko słyszałam. Nawet nie zaszczyciłam go spojrzeniem.
- Wiesz może, gdzie są Syriusz, Remus i Peter? - spytałam, wymuszając na usta uśmiech.
- Na samym końcu - odpowiedziała - Wszystko w porządku? Wyglądasz tak jakoś niewyraźnie.
Marlena wyglądała tak słodko, gdy się martwiła. W ogóle była śliczna: miała ciemne, lokowate włosy sięgające jej łopatek, nie była przesadnie szczupła w sposób, w jaki ja byłam i miała okrągłą twarz dziecka z niebieskimi oczami.
- Nic mi nie jest, Marlena. Nie martw się.
- Gratuluję - powiedziała ni stąd, ni z owąd dziewczyna. Z początku nie wiedziałam, o co jej chodziło do momentu, w którym pokazała brodą moją nową odznakę.
- Ach, to - mruknęłam, przypominając sobie, kto inny jest nowym prefektem Gryfonów.
- Nie wydajesz się zachwycona.
- A ty byś była? - spytałam. Dziewczyna pokręciła głową przecząco.
- Pójdę już - powiedziałam po chwili.
- Powodzenia z Jamesem - powiedziała mi na to i weszła do swojego przedziału. Ja poszłam do ostatniego.
- Hej-ho! Łapa! Lunatyk! Glizdogon! - zawołałam wchodząc do ich przedziału.
- Ruda! - krzyknął radośnie Syri. Remus czytał kolejne tomiszcze o wilkołakach, a Peter pochłaniał pokrojony w kostki cheddar.
- Jak tam nasza panna prefekt? - spytał Remus. Informacja była tajna, czyli oczywiście cała szkoła o tym wiedziała. Zarumieniłam się, ale wyrwałam mu książkę z rąk i zaczepnie zaaranżowałam uderzenie w jego żołądek.
- Nic ci do tego, wariacie - powiedziałam.
- Nazywamy się Huncwoci, pamiętasz?
- Tak, pamiętam. Wariat z ciebie.
Wybuchnęliśmy śmiechem.
- A jak Rogacz? - spytał Peter, wkładając ser do kanapki z bekonem. Notując na marginesie, Peter pochłaniał ogromne ilości jedzenia. Mimo tego wciąż pozostawał niemal chorobliwie chudy.
- Wykorzystuje ostatnie minuty przed rozpoczęciem roku powiększając zęby Malfoyowi i dając nam start na minusie. Hura - zakończyłam ironicznie.
- James jest absolutnym mistrzem Densaugeo - przyznał Syriusz.
- Ja niedługo stanę się za to absolutną mistrzynią sarkazmu i ironii - odpowiedziałam na to.
- Hej, to chyba Hogsmeade - powiedział Remus, wskazując na zabudowania niedaleko. Pociąg musiał zrobić niezłą pętlę pod górkę, żeby się tam dostać.
- Radziłabym wam się przebrać. Lada chwila będziemy - powiedziałam, może dlatego, że Syriusz wciąż miał na sobie sprane dżinsy i koszulkę z logiem Chelsea London. - Widzimy się przy stole, tak? Na razie.
- Do zobaczenia ruda.
Niemal pobiegłam do przedziału prefektów, wpadając na profesora Slughorna ("Och Lily, dobrze, że cię widzę... Wyślę ci sowę z datą pierwszego spotkania... Och, jesteś prefektem Gryffindoru... Bo gdybyś była w Slytherinie, to..." i inne gadki w ten deseń), po czym niemal nie przykleiłam się do szyby i obserwowałam, jak upragnione Hogsmeade się zbliżało.
- Powinniśmy przygotować się do wyprowadzania Gryfonów, prawda? - spytał się James z uśmiechem.
- Jak zgaduję - odpowiedziałam.
I w końcu byliśmy. Słyszałam krzyki Hagrida (Pirszoroczni! Pirszoroczni za mną!) i profesor McGonagall (No już, prefekci! Zbierzcie swoje domy i do dorożek!). Wyszłam na peron i wystrzeliłam z różdżki szkarłatno-złote iskry oznaczające Gryffindor i krzyknęłam:
- Gryffindor! Trzymać się Jamesa lub mnie! No, dalej! Idziemy!
James pośpieszał grupę z tyłu, podczas gdy ja prowadziłam dobrze już znaną drogą do bramy Hogwartu, gdzie czekały na nas dorożki zaprzężone w testrale - niewidzialne konie widzialne tylko dla osób, które widziały czyjąś śmierć. Dla mnie dorożki jeździły same: nigdy nie widziałam niczyjej śmierci.
Gdy tylko doszliśmy do bramy, czekały już tylko dorożki przeznaczone dla Gryffindoru, reszta była w drodze do Hogwartu. Gdy wszyscy już wsiedli, ja i James jechaliśmy specjalną, mniejszą dorożką dla prefektów. Nie byłam jednak z tego powodu zachwycona.
- Evans, rozchmurz się. - powiedział James, a ja nawet nie musiałam na niego spojrzeć, by wiedzieć, że się uśmiecha.q
- Nawet nie zaczynaj, co?
Chłopak o dziwo mnie posłuchał. Jechaliśmy przez ciemny las w ciszy pod granatowym niebem, jedynym źródłem światła były tylko gwiazdy i księżyc w pełni.
Nagle dorożka stanęła powodując, że niemal wypadłam. James złapał mnie i trzymał mocno w ramionach.
Kilka metrów dalej, przed testralem, stał ciemny kształt. Wyglądał jak koń, ale to nie był koń. Nie, to było coś piękniejszego.
Był to jednorożec.
Miał on (a może ona?) śnieżnobiałą sierść, srebrzystą grzywę oraz ogon i najpiękniejszy róg, jaki kiedykolwiek widziało ludzkie oko. Niby był srebrny, jednak lśnił wszystkimi kolorami tęczy.
Patrzyłam na jednorożca z otwartymi ustami. Był taki piękny!
Nagle zauważyłam równie piękną, co przerażającą rzecz: na boku zwierzęcia była długa, głęboka rana zbroczona jego srebrną krwią. Taką ranę mógł mu zadać tylko topór, miecz lub inne, ostre i wielkie narzędzie...
Chciałam wysiąść z dorożki i natychmiast pomóc tej biednej, cudnej istocie, nie wiedziałam jednak w jaki sposób. Siedziałam więc, osłupiała w szoku. James wciąż trzymał mnie w swoich ramionach, głaszcząc moje ramię niczym spłoszone zwierzę. Po raz pierwszy w życiu nie miałam do tego żadnych obiekcji.
Jednorożec patrzył na nas przez chwilę swoimi ciemnymi, smutnymi oczami, po czym jakby ostrzeżony niesłyszalnym dla nas dźwięk gwałtownie odgalopował. Dorożka znów ruszyła.
Gdy weszliśmy do Wielkiej Sali, wszyscy siedzieli na swoich miejscach. Było też po Ceremonii Przydziału. Profesor McGonagall popatrzyła na nas dwoje karcąco, ale zmarszczyła czoło widząc, ile strachu maluje się na mojej twarzy.
Usiadłam koło moich przyjaciółek, ale kompletnie nie miałam apetytu. Marlena widząc, że znów coś ze mną jest nie tak próbowała mnie zmusić do odpowiedzi. Nie udało jej się ani wymusić (informacji) lub wmusić (próbowała nakarmić mnie jakimś paskudztwem) czegokolwiek.
Myślałam, że tam zwariuję. Rzucałam profesor McGonagall ukradkowe spojrzenia, a ona od czasu do czasu patrzyła na mnie z niepokojem w oczach.
Gdy tylko uczta się skończyła, chciałam poprowadzić innych do dormitorium w wieży Gryffindoru, ale profesor McGonagall kazała zrobić to Arturowi Weasley, wyjaśniając po drodze okoliczności. Słyszałam ją, mówiącą:
- ...coś się stało. Lily jest cała roztrzęsiona.
- Tak jest, pani profesor.
Weasley poszedł ciemnym korytarzem w kierunku kotłującego się tłumu Gryfonów.
- Lily Evans, James Potter - powiedziała McGonagall - proszę za mną.
Poszliśmy w zupełnie innym kierunku niż reszta uczniów. Po chwili rozpoznałam drogę na czwarte piętro - do gabinetu profesor.
Gabinet panny Minerwy McGonagall wyglądał tak, jak powinien wyglądać pokój poważnej czarownicy w średnim wieku: na wyłożonych boazerią ścianach było dużo półek z przedmiotami magicznymi od kociołka z sulfrytu po egzemplarz "Quidditcha przez wieki". Wisiało tam też kilka obrazów, lub raczej powinnam powiedzieć portretów. Jeden z nich przedstawiał obecnego dyrektora Hogwartu, Albusa Percivala Wulfryka Briana Dumbledore'a. Jego dobrotliwe, błękitne oczy zerkały przyjaźnie zza drucianych okularów-połówek.
Pani profesor wskazała na dwa fotele stojące przed jej katedrą, sama jednak nie usiadła. Stanęła tylko, sztywno wyprostowana z rękami założonymi na piersi. Zwykle zaciśnięte usta teraz formowały coś na kształt uśmiechu.
- Co się stało? - spytała, próbując przybrać neutralny ton głosu, słychać było jednak, że jest zmartwiona.
Ja na samo wspomnienie zadrżałam, więc to James mówił. Opowiedział dokładnie, gdzie dorożka się zatrzymała, jak ten jednorożec wyglądał, jak źle był zraniony. Próbowałam zatrzymać projekcję przerażających wspomnień, więc w zamian moja wyobraźnia zaproponowała mi repertuar niczym z "Nocy żywych trupów" z białym koniem ze złamanym rogiem i srebrną krwią w roli głównej. Nie, wolałam już wspomnienia.
- Rozumiem... Czy widzieliście tylko to?
- Tak - odparłam.
- Lily? Czy potrzebujesz coś na uspokojenie? Pani Pomfrey jest już w skrzydle szpitalnym.
- Czuję się dobrze.
Kłamstwo. Oczywiste kłamstwo. Nie chciałam jednak objawić się jako oszalała ruda już pierwszego dnia.
Wyszłam z gabinetu profesor McGonagall czując się jeszcze gorzej niż przed tym. Zakręciło mi się nieco w głowie i przed oczami pojawiły się czarne plamy, jednak wytrwale ignorowałam objawy słabości. W wieży Gryffindoru, w pokoju wspólnym James opuścił mnie z tym samym zaniepokojonym wyrazem twarzy. Zapewniłam go, że nic mi nie jest jeszcze cztery razy i zostałam sama.
Jedynym źródłem światła był dogasający już ogień w kominku. Stanęłam przed nim i obserwowałam migoczący żar, najgorętszą i najpiękniejszą część ognia. Drewno płonęło, by uzyskać piękny pomarańczowy kolor toffi, a na koniec odpaść i dogasać jako szara pozostałość piękna. Obserwowałam palenisko jeszcze kilka minut.
Nagle poczułam uderzenie od tyłu i coś ciężkiego przycisnęło mnie do ściany.
- Ktokolwiek inny się o tym dowie i nie żyjesz. Zrozumiałaś, szlamo!?
Zakapturzona postać zatkała mi usta, więc pokiwałam tylko głową. Gdy w końcu zostałam puszczona, dostałam brutalne kopnięcie w plecy. Krzyknęłam z bólu, niemal słysząc chrzęst łamanej kości.
Nie wiem, na co upadłam, ale nie mogłam wyjść z tego cało. Moje czoło pulsowało boleśnie.
Leżałam na podłodze przez kilka długich minut. Gdy usłyszałam podniecone krzyki ze schodów dormitoriów, było dla mnie już późno. Oczy zamknęły mi się same i straciłam przytomność.

Weronika:
I rozdział 3 nadszedł! Rozpisałam się chyba na 10 str :-P
Trochę akcji, trochę weny, trochę mnie i lądujemy z nieprzytomną Lily. No tak, ta moja skłonność do dramatyzmu ...
Przekazuję pałeczkę dyrygenta do Susan i miejmy nadzieję, że ona zręcznie wyprowadzi Lily z tego bagna i że ona to przeżyje :PP
Faithfully yours,
Szanowna Me.

No comments:

Post a Comment